|
Blog > Komentarze do wpisu
O aniołachChciałem się zwierzyć z czytelniczej satysfakcji, jaka ostatnio jest moim udziałem. Satysfakcja ta dotyczy książki "A Quiet Belief in Angels" brytyjskiego autora, który nazywa się R. J. Ellory. To już ostatni gwizdek, żebym się o niej wypowiedział jako czytelnik (jestem mniej więcej w połowie lektury). Po Nowym Roku, gdy ją będę tłumaczył, wypowiadanie się o niej mogłoby być poczytane za coś lepkiego i bezwstydnie reklamiarskiego (czyli zalatującego ziemkiewiczyzną). Zresztą, wtedy to ja klął na tę książkę będę, a nie się nią zachwycał... Na pozór "Cicha wiara w anioły" to nic wielkiego. Ot, sprawnie sklecone czytadło, którego akcja rozgrywa się w latach czterdziestych i pięćdziesiątych na amerykańskiej prowincji. I żeby nie było wątpliwości: mamy tu do czynienia z thrillerem. Sielskość obrazka mąci bowiem psychopatyczny morderca za ofiary obierający sobie małe dziewczynki... Ellory gra zatem melodię, którą wszyscy doskonale znamy. Gra ją do tego bez jakichś wymyślnych solówek, udziwnień formalnych czy odkrywczych obserwacji socjologicznych. To, co stanowi o sile tej powieści, to jej - że posłużę się "profesjonalnym" terminem, za który zapewne zgarnę zaraz od literaturoznawcy brejna - atmosfera. Udało się literatowi Ellory'emu wykreować świat tajemniczy i ponury, ale jednocześnie niepozbawiony epickiego oddechu. Dobre pisarstwo to jest po prostu, przywodzące na myśl niehorrorowe kawałki Kinga, ale mające też coś z klimatu twórczości Caldwella czy Willi Cather. Choć niewykluczone, że odnoszę takie wrażenie z powodu wyboru miejsca akcji. A propos tego ostatniego: Ellory to rzadki przypadek brytyjskiego pisarza, który akcję wszystkich swoich książek (wydał ich dotąd sześć) umiejscawia w Stanach. Jak wspomina w swoim biogramie, to właśnie z tego powodu przez lata nie mógł znaleźć wydawcy (i to zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie oceanu)... Tę krótką (z konieczności, bo muszę wracać do czytania) notkę postanowiłem zilustrować wywiadem z pisarzem. Ciekawa rzecz, rzadko zdarza się taka koherentność Autora i jego dzieła. Zauważcie, ten gość w ogóle się nie uśmiecha! Jest (przynajmniej na tych obrazkach) taki sam jak jego książka: poważny, skupiony, spokojny, na pozór nieefektowny. A jednak od pierwszej chwili przykuwa uwagę...
wtorek, 16 grudnia 2008, piotrgrzegorzewski
TrackBack
Komentarze
2008/12/18 10:42:16
Hm... No przecież Ty podobno nie wiesz, co to wakacje... ;-)
Nad Robinsonem sam bym z chęcią trochę poklął (pod warunkiem, że to jedna z książek banksowych). Ale cieszę się, że akurat Ty ją robisz - przynajmniej jest gwarancja, że zostanie "ocalona w tłumaczeniu" :-). 2008/12/18 13:13:40
tja
tylko to jest 17 czy 18 tom (Friend Of Devil), który wychodzi jako pierwszy w nowym wydawnictwie, a jak próbowałem się skontaktować z tłumaczką tych dwóch, co po polsku wyszły (też jakieś ze środka:), żeby po borzemó, normalnie mieć zgodność nazwisk, nazw, miejsc itd, to pani łaskawie mi odpisała 'kup se pan'... Co do ocalenia, to się aż tak nie nastawiaj, bo to tak naprawdę pierwszy stricte brit, którego robię, dobrze, że językowo jest czysty i klasyczny, ale i tak mam czasem zagwozdki, bo sięga po słowa, co Amerykanie ich już od 50 lat nie używają:) 2008/12/18 17:31:05
Spoko, on nie taki "stricte brit", on od trzydziestu lat Canadian ;-). BTW, ja mam odwrotnie niż Ty - tzn. wolę Britów.
Odpowiedź Pani Tłumacz bardzo zabawna. Ja tam w sumie też jestem za tym, żeby tłumacze kupowali książki. Niektórzy powinni je kupować wręcz za karę. Najlepiej te, które przełożyli... |
|
A Ellroya kiedyś czytałem na jakiś wakacjach przypadkiem kupione City of Lies i całkiem fajnie facet pisze. Tam też fabuła za bardzo wymyślna nie była - o ile pamiętam, to chyba koleś szukał swego ojca i się zaplątywał w taką dość noir fabułkę - ale czytało się to bardzo przyzwoicie.
dla pocieszenia mogę ci napisać, ze za chwile będę klął nad Peterem Robinsonem:)