zaiste, osobliwe rozumu pomieszanie

co lepsze kawałki

czwartek, 11 marca 2010

To jest martwy blog. Blogotrup. Najwyższy czas to powiedzieć. Pisałem go od września 2008 roku do maja 2009. Potem, w październiku i listopadzie, podjąłem próby reanimacji truchła, nie bacząc na fakt, że już zaczęło nieprzyjemnie pachnieć. Jak widać, owe próby zakończyły się fiaskiem.

Niemniej wszystkim wiernym i niewiernym czytelnikom dziękuję za poświęcony czas. Jak to zwykle się pisze w takich okazjach: na pewno jeszcze gdzieś się spotkamy. Być może szybciej, niż byście chcieli...

A poniżej mój subiektywny i jakżeż mało skromny wybór notek z własnego blogu. Pominąłem w nim wszystkie "Jacksony na niedzielę" i teksty, które nawet ja sam, mimo bezkrytycyzmu wobec tfu-rczości własnej, uznałem za żenujące lub nudne (albo też po prostu niepasujące do krotochwilnej wymowy całości). Kto ich ciekaw, może sobie kliknąć na zamieszczone powyżej linki do poszczególnych kategorii.

 

16:52, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2009

Koncert Karla Bartosa, który miał być jedną z największych atrakcji Free Form Festival, a okazał się tego festiwalu największym niewypałem (jeszcze pół biedy, gdy Artysta odgrzewał Kraftwerkowe kotlety; gorzej, gdy prezentował twórczość własną: coś, jakbym słyszał zespół italo disco kawerujący New Order - przykład powyżej), boleśnie uzmysłowił mi fakt, jak niewielu perkusistów jest Philem Collinsem, Dave'em Grohlem czy nawet Sidneyem Polakiem. Przypomniał mi jednak również czasy, gdy polskie festiwale szansonistyczne zaludniały "gwiazdy światowego formatu", których światowe gwiazdorstwo polegało na tym, że śpiewały w chórkach na drugiej płycie "naprawdę wielkiej gwiazdy, no wiecie, tej, która w siedemdziesiątym ósmym miała ten przebój, co to w tej chwili nie pamiętam jego tytułu", a największe polskie hale widowiskowe zapełniały zespoły pokroju UFO.

Uczucie, jakby czas nagle się cofnął, spotęgowało się, gdy z lokalnego dodatku "Gazety Wyborczej" dowiedziałem się o przyjeździe do mojego rodzinnego Płocka "wielkiej legendy Purpli". "Hmm..." - zadumałem się. "Blackmore? Lord? A może Gillan?". Otóż nie. Ową "wielką legendą Purpli" okazał się niejaki Nick Simper. Nie słyszeliście? Nic dziwnego. To muzyk pierwszego składu Purpli, grający z nimi w latach 1968-1969. Zanim jeszcze zaczął tam śpiewać Gillan. Nie słyszałem więc o nim ja, nie słyszeliście Wy, słyszał za to Roland Bury, dyrektor wydziału kultury i sportu płockiego ratusza, wielki fan Deep Purple, który od kilku lat raczy mieszkańców miasta bujaczek, petrochemicznych bonzów i święta kaszanki koncertami wykonawców związanych ze swoją wielką muzyczną miłością. Był już Jon Lord, był Blackmore's Night, to i dla Nicka Simpera znalazło się miejsce. Aż żal człowiekowi serce ściska, że człowiek w dyrektory nie ruszył. Miałby człowiek możność zorganizowania koncertu Sami Wiecie Kogo. A swoją drogą, ciekawe, czy frekwencja dopisała...

10:35, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 maja 2009

Z okazji niedawnej piątej rocznicy powrotu państwa polskiego do macierzy prezentujemy szanownemu państwu trzy skoczne kawałki narodów niekoniecznie zaprzyjaźnionych. Łączy je wykonawstwo w języku autochtonicznym oraz podmiot wykonawczy w postaci nowosądeckiej (a właściwie nowosądecko-londyńskiej) grupy Karakony.

Naszą wycieczkę po krajach UE rozpoczynamy od Bułgarii. Wykonywany oryginalnie przez zespół Uikeda (a właściwie Уикеда) utwór z tego, co zdołałem wywnioskować, wsłuchując się usilnie w tekst, sławi uroki bułgarskich kobiet oraz (pod koniec) bułgarskich roślin uprawnych.

Kolejny utwór diabli wiedzą kogo lub co sławi, gdyż śpiewany jest w języku, którego nie znam ni w ząb, mimo że podobno uczyłem się go w liceum. Na usprawiedliwienie dodam, że ta nauka trwała tylko rok i skończyła się dla mnie relegowaniem z powodu niechodzenia. Na szczęście mili koledzy z zespołu Karakony, z myślą o wszystkich nieznających języka, dokonali symultanicznego oraz, mam wrażenie, alkoholicznego tłumaczenia tekstu. Swoją drogą, z tłumaczenia tego wynika, że ci Francuzi to jednak straszne świnie są. Co im zawiniły biedne lwy?
I na zakończenie absolutny klasyk tzw. rocka gulaszowego, czyli nieśmiertelny przebój kolonii i obozów, co to nikt nie był w stanie zapamiętać ani wymówić jego oryginalnego tytułu, za to wszyscy go znali jako "Szesnastolatkę". Zdecydowanie pierwsza trójka najbardziej obciachowych rockowych kawałków świata (obok "July Morning" i "Child in Time"). Kiczowata pamiątka z epoki git ludzi. No, to państwo słucha, a ja idę se robić dziary.

11:59, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 maja 2009

Jako ta czkawka i kac po niesławnej pamięci Święcie Pracy, które szczęśliwie zdechło i, miejmy nadzieję, już nie powróci, dziś wiązanka pieśni chóralnych. Zestaw jak najbardziej przypadkowy i niereprezentatywny, a zainspirowany pieśnią podniosłą Artysty Jacka Penate (Penatego?), która, ilekroć ją słyszę, zmusza mnie do rytmicznego podrygiwania i darcia mordy. A i obrazek pod piosnkę tę podłożony wydaje mi się co najmniej ciekawy. Niby nic, ale po obejrzeniu dziwny niepokój pozostaje:

I nawet nie przeszkadza mi, że utwór kolegi Penate (Penatego?) przypomina "The Time Is Now" Moloko (swoją drogą też świetny)...


Kolejny kawałek należy do kategorii "guilty pleasures". Wykona go Artystka Tanita Tikaram, której zmysłowy wokal i śniade lico lat temu dwadzieścia wielce inspirującymi znajdowałem. Niestety, po kapitalnej debiutanckiej płycie w zasadzie nic specjalnie ekscytującego w jej karierze już nie zaszło i mój afekt do niej wygasł, nim zdążył mnie strawić wyniszczającym płomieniem... Utwór "And I Think of You" pochodzi sprzed lat dziesięciu i oryginalnie - w tym chrypiącym języku, w którym właściwie nie powinno się śpiewać, chyba że się jest Paolo Conte (Contem?) - wykonywał go niejaki Lucio Battisti. Artystka Tikaram w zasadzie niewiele go zmieniła, poza tym, że śpiewa na szczęście po angielsku i na szczęście głosem, który, mimo upływu lat, nie stracił nic ze swej zmysłowości...

Kolejny utwór chóralny wykonuje Artystka Jane Siberry, obecnie znana jako Issa, a w zasadzie obecnie głównie nieznana. Utwór "Map of the World (Part II)" pochodzi z roku 1985 i piękny jest po prostu.

I już do końca pozostaniemy w kręgu staroci, które zwichrowały mi młodość. The The i "Giant" z wydanego w 1983 roku rewelacyjnego albumu "Soul Mining". Potem, niestety, z płyty na płytę było coraz gorzej...

12:40, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 maja 2009

Robert Wyatt - Robert Wyatt Internationale

Found at bee mp3 search engine

Lenin wiecznie żywy

 

 

 

15:27, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 kwietnia 2009

drink z palemkąVictor Carl, adwokat nieudacznik będący bohaterem serii książek Williama Lashnera, budzi litość i trwogę barmanów w Filadelfii z powodu swych damskich, jak uważają, upodobań alkoholowych. Z tego powodu często po wejściu do baru zmuszony jest odbywać takie pogawędki jak ta opisana w powieści "Past Due":

- Dla mnie morska bryza - powiedziałem.

Ganz zamrugał powiekami.

- Co, proszę?

- Morska bryza. To nazwa drinka.

- Ej, Charlie! - zawołał Ganz, nie odrywając ode mnie wzroku. - Facet w garniaku chce morską bryzę.

- Powiedz mu, żeby zawiózł swoją dupę do Wildwood, stanął twarzą do wschodu i otworzył usta.

Puściłem mimo uszu wybuch szyderczego śmiechu, który rozległ się za mną.

- Nie wiesz, jak się robi morską bryzę? - zapytałem.

- Jesteś pewien, że dobrze trafiłeś? Nie mamy tutaj żadnych drinków z palemkami.

- Uważaj - odparłem. - Moja matka ma na imię Palemka.

- Serio?

- Nie. Macie sok grapefruitowy?

- Trochę za późno na śniadanie, nie uważasz?

- A żurawinowy?

- Łacha sobie ze mnie drzesz?

Westchnąłem rozczarowany.

- No dobra, to jaka jest specjalność zakładu?

Lloyd Ganz znów zamrugał powiekami.

- Ej, Charlie! - krzyknął. - Ten facet chce wiedzieć, jaka jest nasza specjalność.

- Zrób mu u-boota, Lloyd - powiedział Charlie.

- U-boota? - powtórzyłem. - Coś takiego mógłby zamówić Wolfgang Peterson.

- Czy to nie ten radny z Trzeciej Dzielnicy, którego przyłapano z dziwką? - zapytał jeden z gości za mną.

- Taaa, jasne, to on - odparłem. - Dobra, Lloyd, niech będzie u-boot.

Dodam, że akurat w tym przypadku Victor w końcu przekonuje opornego barmana do przyrządzenia (a nawet degustacji) swojego ulubionego (i rzekomo niegodnego prawdziwych twardzieli) drinka. Mało tego - udaje mu się rozkręcić imprezę, w czasie której morska bryza leje się strumieniami, a filadelfijskie orczyki zdejmują koszule i tańczą na stole bilardowym przy dźwiękach "Mambo Italiano" Rosemary Clooney i "Banana Boat Song" Harry'ego Belafonte.

Czemu Victor zawdzięcza ten sukces? Przede wszystkim sugestywnemu obrazowi, który odmalowuje zamierzającemu spróbować morskiej bryzy barmanowi:

- Zamknij oczy - poleciłem.

Lloyd posłuchał, a tłum przybliżył się do nas.

- Wyobraź sobie, że jesteś na tropikalnej wyspie. Przed twoim leżakiem pluszcze ocean. Piękna śniada dziewczyna, smukła i naga, podaje ci drinka. Pochyla się nad tobą. Jej oddech jest słodki, pachnie kokosami i muszelkami.

- Muszelkami? - powtórzył Lloyd, nie otwierając oczu.

- Muszelkami. Pochyla się jeszcze niżej i czujesz jej ciepły oddech w swoim uchu. Szepcze do ciebie głosem łagodnym niczym biały piasek pod jej gołymi stopami: „Jak twój drink, Lloyd? Smakuje ci? Smakuje?".

Przepis na morską bryzę (według Victora Carla):

- dwie miarki soku żurawinowego,

- jedna miarka soku grapefruitowego,

- jedna miarka wódki,

- plasterek limety.

Potem wystarczy już tylko wyciągnąć się w fotelu, włączyć Harry'ego Belafonte, zamknąć oczy i czekać na tę śniadą i smukłą...

Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że słuchanie Harry'ego Belafonte skończy się tak:

Jednak, jak pisał klasyk: "cóż znaczy odrobina powietrza w rurach, a choćby i kupa gówna we włosach wobec miłych wspomnień?"*.

PS. Tak się zastanawiam, w których jeszcze powieściach znaleźć można przepisy na drinki. I jakoś nic mi chwilowo (?) nie przychodzi do głowy, może poza tymi z książki "Moskwa-Pietuszki" Jerofiejewa. Tyle że akurat te przepisy przeznaczone są dla klienteli, która - dam sobie za to limetkę uciąć - nie odwiedza tego blogu ;-).

*przełożył Michał Kłobukowski

12:07, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 kwietnia 2009

Ostatnio zacząłem się bawić w opisywanie i ocenianie swoich płyt w serwisie "Rate Your Music". Przedsięwzięcie okazało się karkołomne - z powodu notorycznego braku czasu przez dwa tygodnie udało mi się wprowadzić do bazy serwisu może z jedną trzecią tego, co mam. Przy okazji okazało się też, że wielu płyt zupełnie nie pamiętam, więc żeby je w miarę sprawiedliwie ocenić, muszę je sobie odświeżyć w pamięci. W ten oto sposób wróciłem do stareńkich nagrań Pharoaha Sandersa, których w szafie mam z pół kilograma, a słuchałem ich po raz ostatni chyba jeszcze w poprzednim stuleciu. A ponieważ jako autor tego kącika przejawiam ambicje popularyzatorskie, dla zachęty przedstawiam dziś w "Szafie" najbardziej chwytliwy kawałek tego zdecydowanie niedocenianego koleżki Coltrane'a - genialny "The Creator Has A Master Plan". I wiecie co? To jeden z tych utworów, przy których nawet trochę (tak ociupinkę) wierzę w istnienie tego kreatora. W każdym razie przez trzydzieści kilka minut, bowiem tyle trwa ta kompozycja (tu w niespełna dwudziestominutowym fragmencie):

Pharoah Sanders - The Creator has a master Plan
Załadował: blackmoon0808

Z wielu późniejszych wersji utworu wybrałem dwie, reprezentujące diametralnie różne podejścia do tematu, a jednocześnie dowodzące tego, że dobra kompozycja zawsze się obroni.

Najpierw skoczne pukadełko Brooklyn Funk Essentials:

A potem gitarowy snuj Indii Arie:

A na koniec dowód na to, że również prawdziwy geniusz zawsze się obroni. Nawet wtedy, gdy za kompana ma gamonia. W roli geniusza oczywiście Pharoah Sanders. Rola gamonia zaś przypadła w udziale Davidowi Sanbornowi (sorry, David, akurat wypadło na ciebie). Tym razem inny Sandersowy klasyk - "Thembi". A ja wracam do odkurzania płyt...

10:44, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Komentarze (6) »
środa, 15 kwietnia 2009

teatr jelenia góra

Się w święta zabalowało, to teraz nadszedł czas posypywania popiołem, trawestując sentencję klasyka, drugiej ulubionej części ciała. W ramach pokuty do teatru miejscowego się postanowiło pójść, co to się w nim było ostatni raz jakieś piętnaście lat temu. Się obejrzało wówczas "Ożenek" Gogola w wersji metafizycznej, która głównie polegała na tym, że pan techniczny przez całe przedstawienie kolorowe dymy puszczał, a aktorzy bardzo się starali, żeby nie było śmiesznie, co nawet im wychodziło - i była to właściwie jedyna rzecz, jaka im wychodziła. Się wtedy pomyślało, że teatrzyk szkolny to może i owszem, ale niekoniecznie poza szkołą i za taką cenę, i przez kolejne lata teatr miejscowy skutecznie się omijało, z pożytkiem niewątpliwym dla wzmiankowanej przecenianej przez niektórych części ciała. Co się więc stało, że się nagle postanowiło ową na szwank narazić? Ano burza, która nad teatrem miejscowym się przetoczyła, zdradzająca wszelkie symptomy tak zwanego polskiego piekiełka. Artykuły w prasie specjalistycznej kazały widzieć po jednej stronie barykady orędowników wolności i krzewicieli prawdziwej sztuki w osobach dyrektora artystycznego teatru Wojciecha Klemma i popierającego go zespołu aktorskiego, po drugiej zaś - tępe mieszczaństwo reprezentowane przez radnych miejscowych, którzy nic nie zrozumieli z przedstawień wystawianych przez rzeczonego. Artykuły w prasie lokalnej natomiast kazały widzieć w osobie dyrektora Klemma groźnego lewaka i bufona, za nic mającego gusta prowincjonalnej publiczności, zaś w urzędnikach z ratusza światłych ojców miasta zatroskanych upadkiem miejscowej świątyni sztuki, do której nikt poza aktorami nie chce chodzić. Się zaangażowała w to jeszcze "Krytyka Polityczna", się napisały listy protestacyjne i zadyma gotowa. No to się wspomniało stare zadymiarskie czasy i się zastanowiło, czy się nie opowiedzieć po którejś stronie przypadkiem (nie, żeby którejś ze stron na tym zależało). Zanim się jednak zdecydowało na jakiś konkretny spektakl pójść, żeby zdanie sobie wyrobić, urzędnicy sprytnym manewrem (polegającym na wyborze nowego dyrektora, który niczym Wash&Go połączy funkcje dyrektora teatru i jego kierownika artystycznego) pana Klemma z siodła wysadzili. Tym to sposobem teatr Klemmowy (przynajmniej w jego odsłonie jeleniogórskiej) umarł był śmiercią gwałtowną i niezbyt naturalną - i to, żeby było śmieszniej, 1 kwietnia. No to się pomyślało, że skoro tak, to przynajmniej wieniec jaki nieboszczykowi się zaniesie i się przekona, czy przez ostatnie piętnaście lat teatr miejscowy jakie postępy w dziedzinie dymów kolorowych i metafizyki poczynił.

No to się pójdzie. Jutro. A pisze się o tym wszystkim jeszcze przed tym pójściem z tego prostego powodu, że się jest bez wątpienia starszym niż piętnaście lat temu i mniej wytrzymałym, a na dodatek się idzie na "Trzy siostry" swojego ulubionego dramaturga Czechowa, no i normalnie, jak jeszcze to spieprzą, to się chyba tego nie przeżyje. Więc jakby się nagle zamilkło na czas dłuższy albo i na zawsze, to wiecie, kogo winić...

PS. Na koniec akcent muzyczny. Nowym dyrektorem teatru się zostało Bogdanowi Kocy. Człowiekowi światowemu (głównie australijskiemu). I dzięki tej australijskości mającemu australijskie koneksje. Oto fragment wywiadu, który z nim się przeprowadziło Magdzie Piekarskiej (się cytuje za wrocławskim dodatkiem "Gazety Wyborczej" z 10 kwietnia):

"- Przyjedzie Nick Cave? Powoływał się Pan na znajomości z nim przed komisją konkursową.

- Być może, ale na pewno nie będzie reżyserował. Nie wiem, skąd się wzięły plotki na ten temat. To mój przyjaciel, wybitny muzyk i poeta, który napisał też znakomitą powieść. Rozmawiałem z nim, wyraził ochotę, żebym zrobił jej adaptację. Jeżeli się taka możliwość nadarzy, być może Nick napisze muzykę do spektaklu opartego na swojej powieści. Jego przyjazd do Jeleniej Góry nie powinien być problemem - od dawna nie mieszka w Australii, ale w Europie, i to bardzo niedaleko od nas."

Się wydaje, czy się tu obiecuje australijskie gruszki na jeleniogórskiej wierzbie? Ano się zobaczy.

17:39, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009

zk 120

Dzisiejszą notkę zainspirowały dwa arcyciekawe wpisy na blogach dziennikarzy "Przekroju": "Pożegnanie z kolekcją" Mariusza Hermy oraz "Czy istnieje życie poza mp3?" Jarka Szubrychta.

W wielkim skrócie (a co za tym idzie i uproszczeniu):

Redaktor Herma wieści w swojej notce rychły upadek tradycyjnego kolekcjonerstwa płytowego i zastąpienie go nie tyle już nawet zbieraniem empetrójek, ile wręcz linków do albumów i piosenek, które będzie można (a nawet można już teraz) odsłuchać online o każdej porze dnia i nocy w serwisach internetowych, które wyrastają jak wiadomo co po wiadomo czym.

Z kolei redaktor Szubrycht boleje nad tym, że dzisiejsi młodzi za nic mają hajend i hajfaj i od audiofilii (Boże, to słowo brzmi prawie jak zoofilia i wcale nie lepiej się kojarzy) wyżej cenią kompresję, od kolumn głośnikowych - słuchawki do odtwarzacza empetrzy, a od Marantza - iPoda. Rośnie nam pokolenie głuchych, zdaje się twierdzić red. Szubrycht (o ile dobrze go zrozumiałem, bo niewykluczone, że - z powodu słabego materiału genetycznego* - zrozumiałem źle).

Ponieważ odniosłem się już do wpisu red. Hermy (z którego tezami zresztą się zgadzam) na jego blogu (jeśli mój komentarz tam nie był zbyt błyskotliwy, to z powodu wyłuszczonego przeze mnie w poprzednim nawiasie), w tym miejscu pozwolę sobie jedynie zadać dwa ważkie pytania, które właśnie mi się nasunęły, a które dotyczą utrudnień we współżyciu społecznym, wynikających ze wspomnianego upadku wspomnianego zbieractwa.

Dotąd, gdy się weszło do domu - przepraszam za wyrażenie - inteligenckiego, pierwsze kroki kierowało się do półek z książkami i płytami. Obserwacja powyższych niejednokrotnie pozwalała przełamać pierwsze lody. Dokąd będzie się chodzić w niedalekiej przyszłości? Do laptopa? 

Dawniej (aż prosi się, by napisać "za moich czasów", che, che) dziewczynę zapraszało się "na chatę", by pokazać jej płyty (a w czasach dinozaurów również znaczki). W jaki sposób będzie się zadzierzgiwało więzy z płcią przeciwną (bądź tożsamą, zależy, co kto lubi) w przyszłości, która tuż za rogiem? "Przyjdź do mnie po lekcjach, pokażę ci swoje linki" brzmi dość groteskowo.

No, to tyle ważkich pytań, a teraz do rzeczy (czyli polemiki).

Bolejącemu nad tym, że dzisiejsze młodziaki zadowalają się kiepską jakością mp3 red. Szubrychtowi, wypada przypomnieć, że przecież w czasach, gdy On i ja byliśmy młodziakami (ja trochę wcześniej ;-) ), zadowalaliśmy się jakością dźwięku o wiele gorszą niż jakość nieszczęsnych empetrójek. A MIMO TO NIE OGŁUCHLIŚMY! Mnie na przykład przez całe lata wystarczał (bo musiał) monofoniczny, dwuścieżkowy magnetofon szpulowy o poetyckiej nazwie ZK-120, na który za pomocą mikrofonu nagrywałem płyty z radia tranzystorowego "Lena". A MIMO TO NIE OGŁUCHŁEM! Powiem więcej: taka "Dark Side of the Moon" nigdy potem nie brzmiała już równie pięknie...** Pierwszym moim kontaktem ze stereofonią stał się dopiero gramofon "Artur WG 900 Stereo" (choć gdy po latach, falą sentymentu niesiony, nabyłem go na "Allegro", okazało się, że nie była to stereofonia, ino "stereofonia"). Zarzynałem na nim polskie winyle, które z pewnością nie były "z pierwszego tłoczenia". Prawdę mówiąc, nie były nawet z trzeciego. A MIMO TO NIE OGŁUCHŁEM! Gdy kilka lat później za pierwsze pieniądze, które zarobiłem w swoim życiu (na tzw. ohapie w spółdzielni ogrodniczo-warzywnej w Łąkcie Górnej z narażeniem zdrowia, a nawet życia zalewałem ogórki wrzącą marynatą)***, kupiłem amplituner "Tosca" (zamiast jechać po raz drugi do Jarocina), to było tak, jakbym znalazł się w krainie Shangri-La. Wreszcie zrozumiałem, o co chodziło temu gostkowi, który przed każdym "Wieczorem płytowym" bredził coś o jakimś kanale lewym i prawym... Potem - podobnie jak w przypadku red. Szubrychta, który zaczynał od magnetofonu "Kajtek", A MIMO TO NIE OGŁUCHŁ - było już tylko lepiej. Ze mnie również (tak jak i z red. Szubrychta) żaden  audiofil, sprzęt mam co najwyżej średni**** (a na dodatek od ponad pół roku znajduje się on w permanentnej naprawie)*****, niemniej jednak uważam, że mimo wszystkich  traumatycznych przeżyć zaznanych przeze mnie w dzieciństwie i młodości, NIE OGŁUCHŁEM.

Dzisiejszym młodziakom chyba też to nie grozi. To prawda, wiele z tych młodych osób (zapewne większość) zakończy swój kontakt z muzyką na empetrójkach (podobnie jak wiele osób, które były młodziakami dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, zakończyło swój kontakt z muzyką na ZK-ach, "Kasprzakach"   czy "Internationalach" - potem przestała ich ona po prostu interesować). Inne "zewoluują" (jak mawiają fani "Pokemonów"): zaczną zarabiać, dorabiać się, będzie je stać na droższy sprzęt. Tak jak w naszym życiu po "Lenie" przyszła kolej na "Toscę", a po "Kajtku" - na "Akai", tak samo w ich życiu przyjdzie kolej na coś lepszego od iPoda. Co to będzie? Nie mam pojęcia. Na to pytanie jeszcze nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Podobnie jak nikt 30 lat temu nie był w stanie przewidzieć ekspansji CD, 20 lat temu - mp3, a 10 lat temu - jutiubo-dizero-lastefemów. Jednak coś będzie. Jestem tego pewien. I dlatego nie martwię się o ich uszy.

* "To z powodu słabego materiału genetycznego" - odpowiedziała nauczycielka dziecka mojej koleżanki, zapytana o słabe wyniki w nauce tegoż. Oto jakich okrutnych mamy pedagogów! Nawiasem mówiąc, ta sama nauczycielka mojemu synowi napisała kiedyś w zeszycie: "Tu się nie marze!". Może chodziło jej o marzenia? Jeśli tak, to znakomicie podsumowywałoby to stan naszej oświaty - w polskiej szkole rzeczywiście się nie marzy.

** Hm... Więc może jednak ogłuchłem?

*** Przy okazji pozdrawiam serdecznie wszystkich mieszkańców tej sympatycznej miejscowości,

**** Sprzęt muzyczny mam na myśli...

***** W tym miejscu pragnąłbym pozdrowić Pana Zbyszka z mojego ulubionego zakładu naprawczego sprzętu RTV.

Przypisy Robertowi Stillerowi poświęcam. Prawda, że pomogły w lekturze? ;-)

14:32, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Komentarze (4) »
piątek, 27 marca 2009

Założeniem cyklu "Znalezione w tłumaczeniu" (rzecz jasna oprócz autolansu) jest przedstawianie typowych ciekawostek "Dropsa", które poznałem w trakcie tłumaczenia różnych książek i z jednej strony zadziwiły mnie one wielce, z drugiej zaś, choć trudno je nazwać doniosłymi, tak bardzo zapadły mi w pamięć, że czuję potrzebę podzielenia się nimi z P.T. czytelnikami ;-).

Od razu uprzedzam, że dzisiejszy wpis nie jest przeznaczony dla osób wrażliwych czy też, jak to mówią, "obrzydliwych" ;-).

Nie byłem nigdy w Chinach i nie sądzę, że kiedyś będę. Całkiem za to możliwe, że Chiny już niedługo przyjdą do mnie (i do nas wszystkich). Choćby dlatego warto jak najwięcej dowiedzieć się o zwyczajach mieszkańców Państwa Środka.

J. Maarten Troost w książce zatytułowanej "Zagubiony w Chinach" obala kilka mitów na temat tego kraju, takich na przykład jak ten, że skoro Chińczycy żyją w państwie policyjnym, to są ludźmi karnymi i przestrzegającymi przepisów. Tym jednak, co najbardziej go (a wraz z nim tłumacza) zaszokowało, jest bardzo liberalne podejście Chińczyków do kwestii wydzielin. Jak twierdzi Autor, chodniki chińskich miast pokrywa skorupa smarków i flegm, których mieszkańcy ochoczo pozbywają się dosłownie na każdym kroku. "Pomysłowy ten naród wynalazł wiele rzeczy, ale nie chusteczkę do nosa" - konstatuje Troost zmuszony do slalomu pomiędzy rzeczonymi wydzielinami. Po czym dodaje: "Dokładnie w chwili, gdy pomyślałem, że ulice Pekinu nie mogą być już bardziej zbrukane, natknąłem się na człowieka kucającego przy krawężniku. Trzymał nad studzienką dziecko ze ściągniętymi spodenkami. Chłopiec właśnie robił kupę. W centrum miasta, centymetry od przejeżdżających rowerów i motorowerów". Dzień wcześniej Autor był świadkiem siusiania do popielniczki w hotelowym holu.

Tak, tak, dziewczęta i chłopcy. Nim ziści się koszmarny Witkacowski sen, radzę wszystkim zaopatrzyć się w skrobaczki do chodników. Oczywiście wyprodukowane w Chinach.

08:59, piotrgrzegorzewski , co lepsze kawałki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)