zaiste, osobliwe rozumu pomieszanie
czwartek, 19 listopada 2009
czwartek, 05 listopada 2009

W notce pt. "Czy istnieje życie poza Warszawą" z września 2008 opowiadałem o pewnym nieporozumieniu towarzyskim, którego ofiarą padłem, gdy zadzwoniła do mnie Pani Redaktor z radia z prośbą o udział w audycji dotyczącej przetłumaczonej przeze mnie książki. Nieświadoma faktu, że mieszkam w mieście oddalonym od Warszawy o pół tysiąca kilometrów, poprosila, żebym wpadł do niej następnego dnia, zupełnie jakby chodziło o spacer na sąsiednią ulicę. Kiedy wyjaśniłem uprzejmie, że raczej nie dam rady, bo nie mieszkam tam, gdzie ona myśli, że mieszkam, zareagowała, jakby spotkała obcą formę życia.

I właśnie życie niecałe pół roku temu niespodziewanie i, jak to ono, ironicznie domknęło ten wątek. Otóż po szesnastu latach zapuszczania korzeni na Dolnym Śląsku powróciłem na Mazowsza łono. I tylko jakoś, kruca bomba, żadna Pani Redaktor nie chce do mnie zadzwonić...

niedziela, 25 października 2009

Joe Jackson A Cure for GravityA Cure for Gravity 2A Cure for Gravity 3

Dziś "Jacksona na niedzielę" (który początkowo miał nie otrzymać promocji do następnej klasy, ale w końcu autor uznał, że w ramach jesiennych porządków wszystko może zniknąć z tego blogu, ale nie cykl, który - było, nie było - stanowi o jego wyjątkowości; pokażcie mi drugie takie miejsce w polskiej blogosferze, w którym z podobnym samozaparciem popularyzuje się równie niepopularnego Artystę) wydanie literackie. To, co Szanowne Państwo widzi powyżej, to okładki trzech różnych wydań memuarów Artysty, które ukazały się pod koniec roku 1999, i które nie dość że nie zostały bynajmniej wydane nakładem autora, to jeszcze doczekały się ciepłych recenzji w prasie rozmaitej, a nawet przetłumaczonymi zostaly na język niemiecki. Chciałbym napisać, że jako fan wielki Artysty i zarazem, za przeproszeniem, tłumacz oczywiście mam w szufladzie przetłumaczoną własnopalczaście polską wersję "A Cure for Gravity" i że lata całe spędziłem na próżnych próbach zainteresowania jakiegoś wydawcy jej opublikowaniem. Cóż, chciałbym, ale nie mogę. Przedsięwzięcie to, z racji niemalże zerowej popularności Artysty w ojczyźnie naszej, już na samym początku wydało mi się, delikatnie rzecz ujmując, nierentowne. Dlatego też się go nie podjąłem. Młodzieńczy idealizm (o ile w ogóle kiedyś coś takiego miałem) przegrał z koniecznością zarabiania na życie swoje i rodziny swojej.

O czym jest ta książka? Oto, co na ten temat wyczytać można na stronie internetowej Artysty:

Joe describes the book as "a book about music thinly disguised as a memoir." It traces his early musical career, from childhood up to his 24th birthday, which occurred in the same week in which he went into the studio to record his first album. Along the way, Joe talks about his passion for music of all kinds; how people make music and why; musicians past and present; why music is like both sex and religion (and why it isn't); why he loves Shostakovich and The Prodigy and hates Brahms and Brian Eno; and how music saved him from becoming "one of those sad bastards you see milling around outside the pub at closing time, looking for a fight."

Dla ciekawych - link do prologu książki , który nosi uroczy tytuł "The Piss and Punchup Club". Póki nie przeszedłem na emeryturę - tylko po angielsku...

20:13, piotrgrzegorzewski , Jackson na niedzielę
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2009

Koncert Karla Bartosa, który miał być jedną z największych atrakcji Free Form Festival, a okazał się tego festiwalu największym niewypałem (jeszcze pół biedy, gdy Artysta odgrzewał Kraftwerkowe kotlety; gorzej, gdy prezentował twórczość własną: coś, jakbym słyszał zespół italo disco kawerujący New Order - przykład powyżej), boleśnie uzmysłowił mi fakt, jak niewielu perkusistów jest Philem Collinsem, Dave'em Grohlem czy nawet Sidneyem Polakiem. Przypomniał mi jednak również czasy, gdy polskie festiwale szansonistyczne zaludniały "gwiazdy światowego formatu", których światowe gwiazdorstwo polegało na tym, że śpiewały w chórkach na drugiej płycie "naprawdę wielkiej gwiazdy, no wiecie, tej, która w siedemdziesiątym ósmym miała ten przebój, co to w tej chwili nie pamiętam jego tytułu", a największe polskie hale widowiskowe zapełniały zespoły pokroju UFO.

Uczucie, jakby czas nagle się cofnął, spotęgowało się, gdy z lokalnego dodatku "Gazety Wyborczej" dowiedziałem się o przyjeździe do mojego rodzinnego Płocka "wielkiej legendy Purpli". "Hmm..." - zadumałem się. "Blackmore? Lord? A może Gillan?". Otóż nie. Ową "wielką legendą Purpli" okazał się niejaki Nick Simper. Nie słyszeliście? Nic dziwnego. To muzyk pierwszego składu Purpli, grający z nimi w latach 1968-1969. Zanim jeszcze zaczął tam śpiewać Gillan. Nie słyszałem więc o nim ja, nie słyszeliście Wy, słyszał za to Roland Bury, dyrektor wydziału kultury i sportu płockiego ratusza, wielki fan Deep Purple, który od kilku lat raczy mieszkańców miasta bujaczek, petrochemicznych bonzów i święta kaszanki koncertami wykonawców związanych ze swoją wielką muzyczną miłością. Był już Jon Lord, był Blackmore's Night, to i dla Nicka Simpera znalazło się miejsce. Aż żal człowiekowi serce ściska, że człowiek w dyrektory nie ruszył. Miałby człowiek możność zorganizowania koncertu Sami Wiecie Kogo. A swoją drogą, ciekawe, czy frekwencja dopisała...      

10:35, piotrgrzegorzewski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 października 2009

Dziś domknięcie notki sprzed niemal roku, w której kreowałem się byłem na nonkonformistycznego indywidualistę już od czasów zuchów podążającego własną samotną i krętą ścieżką, bezkompromisowego samotnika, który nie daje się złapać na lep wszelkiej maści stowarzyszeniom i organizacjom.

Minął zaledwie rok i oto stawiłem się karnie w warszawskim Domu Literatury, by wraz z kilkudziesięcioma innymi osobami wziąć udział w spotkaniu założycielskim Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

No i jak teraz wyglądam? I to na własnym blogu? No jak?

Świeżo powołanemu zarządowi stowarzyszenia życzę powodzenia w niełatwych bojach z KRS-em...

20:23, piotrgrzegorzewski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009

Niniejszym pragniemy poinformować niewiernych czytelników, że w ramach jesiennego zamiatania jubileuszowego postanowiliśmy na czas nieokreślony wstrzymać publikowanie notek w kategorii "Znalezione w tłumaczeniu", jako że cykl ten pechowym nad wyraz się okazał. A w każdym razie na pewno nie będziemy w nim pisać o książkach, które jeszcze nie zawitały pod strzechy księgarń (czy co tam księgarnie mają). Bo jak napiszemy, to na bank nie zawitają w ogóle albo zawitają z opóźnieniem.

Tak też się stało z bohaterką notek "Glosa za obroną czeskich stoczni" oraz "Kwestia higieny", książką "Zagubiony w Chinach" J. Maartena Troosta. Początkowo miała ukazać się w czerwcu 2009. A teraz nie jestem nawet pewien, czy wyjdzie w tym roku...

Nic to jednak w porównaniu z losem książek z notek "Opowiadając o opowiadaniu" oraz "Coś na długi weekend, czyli wątek alkoholowy z palemką w tle". Wszystko wskazuje bowiem na to, że nie dość, że nie ukażą się one w tym roku, to jeszcze nie ukażą się one nigdy. No, chyba że stanie się jakiś cud (jak na przykład dymisja ministra Grada) i wydawnictwo, które miało je wydać, znów zacznie wydawać książki (od pół roku nie wydało ani jednej).

Zwłaszcza "Past Due" Williama Lashnera mi szkoda, bo to inteligentny, chandlerowski (wiem, że wydawcy nadużywają tego określenia, ale akurat w odniesieniu do Lashnera pasuje jak rzadko kiedy) kryminał z wydawanej także w Polsce, choć raczej mało znanej, serii o adwokacie Victorze Carlu. Żal mi tej książki również dlatego, że na jej potrzeby musiałem przetłumaczyć fragment klasycznego kawałka "Wild Thing", co zaowocowało jedyną w swoim rodzaju współpracą translatorską z kolegą braineaterem (do którego, zdesperowany, zwróciłem się z prośbą o pomoc) i rozpętaniem przez niego przy tej okazji prawdziwej blogowo-forumowej burzy (mózgów).

Czyż można zatem się dziwić, że uznałem całą tę kategorię za feralną? Nie można. Czyż można się dziwić, że postanowiłem wstrzymać publikowanie w niej notek do czasu odprawienia stosownych blogowych uroków? Ditto.

I dlatego też nigdy nie dowiecie się, co znalazłem w tym tłumaczeniu...

piątek, 09 października 2009

Ponieważ nasz nikomu niepotrzebny blog wkroczył był we wrześniu w drugi rok swego niczym nieusprawiedliwionego istnienia, postanowiliśmy zakończyć jego wiek niemowlęcy domknięciem kilku wątków, by móc w nowy rok wejść z czystym kontem (choć niekoniecznie czystym sumieniem).

Dziś domknięcie wątku Paddy'ego McAloona, któremu poświęciłem jedną z pierwszych blogonotek napisanych na tym blogu, a zarazem - tak się akurat składa - jedną z pierwszych blogonotek napisanych w ogóle w życiu. Znaleźć ją można tutaj.

Otoż miło mi donieść, że chociaż Paddy cały czas cierpi na jedno z gorszych schorzeń, jakie mogą spotkać muzyka - chorobę Meniere'a, znalazł w sobie na tyle dużo samozaparcia, by nagrać pod szyldem Prefab Sprout kolejną płytę. I mogłoby to stwierdzenie stanowić jedynie pochwałę człowieczego hartu ducha niczym z pamiętnej opowiastki o lotniku, co bez nóg latał, gdyby nie to, że płyta ta jest

R-E-W-E-L-A-C-Y-J-N-A.

Jak dla mnie album roku.

Rozpoczyna się tak:

Potem zaś jest tak:

A także tak:

Nie chcąc mnożyć blogowych bytów, więcej już na ten temat nic nie powiem. Odeślę za to do chyba jedynej w polskiej sieci recenzji tego albumu, która ukazała się na blogu Hennessy'ego Williamsa.

A spragnionym historii niczym z "Opowieści o prawdziwym człowieku" polecam artykuł o Paddym w "The Independent".

18:51, piotrgrzegorzewski
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 września 2009

 

dead

 

No więc skoro obiecałem, że powrócę we wrześniu, to niniejszym powracam (nawet jeśli jego ostatniego dnia).

Cieszycie się, robaczki?

poniedziałek, 27 lipca 2009

przepraszam remanent

rys. Tadeusz Baranowski

PLANOWANY TERMIN OTWARCIA: WRZESIEŃ 2009

08:59, piotrgrzegorzewski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 czerwca 2009

Wróciłem już z wojaży, czas zatem najwyższy zacząć nadrabiać zaległości blogowe. Dziś niedziela, więc na początek kolejny odcinek przygód naszego (no dobrze, niech będzie, że mojego) ulubieńca. Rok 1984, płyta "Body and Soul" i otwierająca ją pieśń podniosła pt. "The Verdict". Dla wszystkich tych, którzy - podobnie jak podmiot liryczny - czekają (niekoniecznie tak jak on na wyrok).

10:04, piotrgrzegorzewski , Jackson na niedzielę
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)